Wygląda na to, że w tym roku zima zaskoczyła mnie - jak nie przymierzając - drogowców. Jarmuż został bez mej wiedzy i zgody przyorany, zamiast trafić choćby do tunelu, z natką pietruszki stało się podobnie ( choć tej cząstkę uratowałam ), a o roszponce nawet szkoda gadać.Jeśli nie przemarzła, to prawdopodobnie zgniła pod śniegiem.
Kto dysponuje ogrodem, ten pewnie podziela moje zdanie, iż jesienią przydałoby się człowiekowi przynajmniej trzy pary rąk zamiast jednej i to należące do starszej pani. Gdybym choć mieszkała bliżej " wielkiego miasta " pokusiłabym się o ogłoszenie typu: przyjedź, pomóż, a zapłatą będą tzw. dary natury. Tymczasem mieszkam "za górami, za lasami", skąd ( jak nie przymierzając od królewny ) jest wszędzie daleko, skórka za wyprawkę się więc nie opłaca. Inna sprawa, czy ktoś z mieszczuchów chciałby się grzebać w ziemi...
Ale do roszponki wracam.
Sieję ją na przełomie lipca i sierpnia po zebranych warzywach, by po ok dwóch tygodniach mieć już pierwsze wschody. Potem pozostaje tylko odchwaszczanie, ew. podlewanie i czekanie, bo roślinki rosną dość wolno. Właściwie roszponkę można zbierać nawet do wczesnej wiosny, o ile zabezpieczymy ją przed sinym mrozem lub nadmierną wilgocią. Wówczas mamy źródło witamin wtedy, gdy brakuje świeżej zieleniny. Listki tej roślinki zjadamy na surowo, są smaczne ze sporą ilością wit C, prowit A, nieco mniej (choć też obecne) wit z grupy B, soli mineralnych, wapnia i fosforu.
Roszponka rośnie niewielka, (zdaniem męża: więcej mycia niż jedzenia) ale i tak ją lubię, bo smak i wartości odżywcze przewyższają wszelkie niedogodności.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz